czwartek, 19 listopada 2009

Marcin Dudziec relacjonuje...

1 komentarze
Jak się okazało poprzednia relacja, niby autorstwa moich rodziców, okazała się relacją redagowaną jedynie przez moją mamę. Tata w domowym zaciszu przygotował własny tekst. I mimo, że utarła się zasada jednego opisu każdego wydażenia, to uważam, że każdemu należy się głos. Niniejszym relację publikuję i mówię stanowcze "nie" wykluczaniu mężczyzn z cyfrowego życia społecznego!

-----------------------------

Autor: Spiro - tata Janka

Przylecieliśmy do Zurichu w środę 11 listopada. Lot z Warszawy zaczął być atrakcyjny na 15 minut przed lądowaniem , kiedy to pilot oznajmił nam że spodziewane są turbulencje. Zaraz potem miotnęło małym Embrayerem 70 na lewe skrzydło, przechył 30 stopni, , w sekundę później po reakcji pilota, duży przechył na prawe skrzydło . Dalsze niestabilności lotu to mały pikuś ale szczęśliwie zgodnie z prawem ciążenia wlecieliśmy w gęste chmury.

Naprawdę jestem zadowolony że obecnie Ci którzy chcą i wiedzą że sobie poradzą, mogą bez przeszkód studiować w Szwajcarii, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii. Janek i Paweł radzą sobie doskonale , a ja były pracownik Polskiej Akademii Nauk potrafię to ocenić. ETH szczyci się do tej pory 39 noblistami którzy studiowali w tych szacownych murach, a ja życzę Jankowi i Pawłowi aby swoimi osobami przysporzyli Rzeczypospolitej i ETH zwiększenia tej liczby. He, he skromny nie jestem, nie ma co.

Zurich zobaczcie na zdjęciach. Widoki na Alpy z Uetliberu, na jezioro chyba polodowcowe, na rzekę Limmat , są piękne i godne polecenia . Zachwyca architektura budynków , szczególnie na Bahnhoff Stasse i w jej pobliżu. Wrażenie robią podświetlone wieże kościołów Fraumunster i Grossmunster oraz nabrzeże Limmatu w wieczornej iluminacji. To też jest na zdjęciach. Na dodatek trafiliśmy na dobrą , ciepłą jesienną pogodę. Zobaczcie zdjęcia parku przy muzeum Rietberg.

Odwiedziliśmy parę knajp na starym mieście, tak że możemy polecić SANTA LUCIA i MADRIT.

Komunikacja w Zurichu jest super, raz widzieliśmy kanarów , ale i tak nie sprawdzili nam biletów. Co nie oznacza że namawiamy Was do jeżdżenia bez ważnych biletów.

Mieszkaliśmy w hotelu Senator w centrum. Hotel jest ok. ale trzeba zwracać uwagę na rachunek, gdyż znacznie mnożą się im śniadania. Zupełnie jak króliki, a przecież Szwajcaria to nie Australia.

Aha, byłbym zapomniał, chciałem pójść się powspinać , pobulderować i połoić Scianę Matkę ale Janek powiedział, że szkoda moich NOWYCH półbutów , a poza tym nie wpuszczą mnie tam bo nie mam abonamentu. Na Eiger lub Jungfrau było trochę za daleko, i w tych okolicznościach zmuszony byłem odłożyć łojenie na następny pobyt. A propos sportu to jestem jednak kontent. Nie dacie wiary, ale jest to szczera i jedyna prawda: w LANDES MUSEUM na jednym z pierwszych planów wisi zdjęcie KRÓLA ROGERA, mojego idola Rogera Federera. Gdybym wiedział, że do Bazylei jest tak blisko z Zurichu, to bez wahania i chwili zastanawiania pojechałbym do rodzinnego miasta KRÓLA.

Bardzo się cieszę że odwiedziliśmy Janka i wiem że On tez się cieszył że nas zobaczył.

Spotkamy się w Zurichu znowu.
-----------------------------
Jednak bardziej prawdopodobne będzie, że w Polsce.
-Jan

wtorek, 17 listopada 2009

Katarzyna i Marcin Dudziec w Zurychu

3 komentarze
K&M Dudziec:
------------------
Tak więc 11.11.09 przylecieliśmy do Zurichu odwiedzić syna Jana na stancji. Akademik w lekko sennej dzielnicy Dietikon na pewno wymaga odnowienia ( tzn. po prostu odmalowania ścian) ale poza tym ma wszystko co potrzebne studentowi tzn. samodzielny pokój, kuchnię, lodówkę, mikrofalę i pomieszczenie rekreacyjne ( trochę przypominąjące bunkier ( w podziemiach) ze stołem pingongowym i innymi miłymi grami. W pobliżu nie ma salonów gier, knajp i innych atrakcji tego typu, więc studenta nie kusi.


A sam Zurich, no cóż, piękne, czyste miasto, przesycone atmosferą spokoju i dobrobytu. Świetnie działająca miejska komunikacja - tramwaje i pociągi przychodzą punktualnie co do minuty, brak korków. Nie widzieliśmy bezdomnych, skinów, dresów itp. Nie ma obscenicznych napisów ani malunków na murach. Nad jeziorem zuriskim można spacerować po zmroku bez obawy, że ktoś nas rozbierze do majtek. Z tego opisu nie należy wyciągać pochopnych wniosków, że nic się tam nie dzieje. Miasto tętni życiem. Szczególnie w jego starej części jest pełno uroczych knajpek, barów, sklepów, turystów i miejscowych. Biesiadowaliśmy dwukrotnie w uroczej włoskiej restauracji Santa Lucia ( wyborne risotto z owocami morza) . Równie miła była knajpka hiszpańska a także szwajcarska restauracja z typowymi miejscowymi specjałami takimi jak raclette i fondue, którymi raczyliśmy się razem z Pawłem.

Gmach politechniki wygląda bardzo okazale. jest usytuowany na wzgórzu, obok gmachu uniwersytetu, widoczny z każdej części miasta. Miło było przespacerować się główną, reprezentacyjną ulicą Banhoffstrase ( Janek mówi na nią ulica dworcowa, ale to brzmi znacznie gorzej) przy której mieszczą się najelegantsze sklepy ( Gucci, Chanell, Bally itp.) oraz liczne banki. I tam właśnie, w sobotni poranek, byliśmy świadkami jak to opanowani szwajcarzy tracą zimną krew. Obrazek jak z głębokiego PRL ( ze stanu wojennego) jak rzucali towar do sklepów. W H&M była wyprzedaż butów Jimmiego Choo. O rety co się działo. Ścisk, tłok, kłębowisko ciał. Szczęśliwcy wychodzili ( nie koloryzuję) z 5-6 parami butów. Tak więc nie tylko Polacy rzucają się na coś czego pożądają. Poza tym drobnym incydentem było już bardzo kulturalnie.


Byliśmy w muzeum narodowym, gdzie przedstawione są w różnej formie dzieje Szwajcarii ( opisy głównie po niemiecku więc trochę było trudno) oraz w muzeum sztuki poza europejskiej, w którym przedstawiono eksponaty z Chin, Indii, Tybetu, Alaski i Polinezji. Byliśmy w cudnej gotyckiej katedrze Fraumunster z witrażami Chagalla oraz w katedrze Grossmunster, w której przechowywane są relikwie patronów miasta św. Felixa i Reguli.

Podziwialiśmy szeroką panoramę Zurichu ( z doskonale widocznymi Alpami i jeziorem) z wieży widokowej, usytuowanej na wzgórzu, nad miastem. A co najważniejsze spędziliśmy z Jankiem znacznie więcej czasu niż na co dzień w Warszawie ( gdzie wszyscy jesteśmy zabiegani i zapracowani) i to było najfajniejsze.

niedziela, 1 listopada 2009

Hagen. Cała prawda.

2 komentarze
Na pewno wszyscy, którzy uważnie czytali bloga od początku pamiętają Hagena. Niemiec, człowiek warzywo, opisywany w notce o sąsiadach.

Kilka dni temu, gdy rozmawialiśmy z Cicciem na temat nieukradzionego przez nas miksera i kuchni, zostaliśmy zaproszeni do kuchni na trzecie piętro. Co ciekawe, tak jak kuchnie na pierwszym i drugim piętrze świecą pustkami, tak ta na trzecim jest przeładowana. Jedzą w niej wszyscy europejczycy z naszego akademika (z wyjątkiem warzyw). Tam też odbywają się imprezy, dyskusje i inne takie lokalne wydarzenia.

I faktycznie, w kuchni ledwo znaleźliśmy wole miejsce. Od razu usłyszeliśmy pikantną opowieść o Michael, która mieszka razem z nami. Generalnie było ciekawie. Stałymi bywalcami kuchni III są:
  • Borja: Hiszpan, na haloween przebrał się za geja - to dużo o nim mówi,
  • Simona: Litwinka z I piętra
  • Ciccio i jego dziewczyna: czyli Francesco i jego dziewczyna
  • Marcel: Słowak, wielki jak dąb, koksuje
  • Lina: Niemka, robi Marcelowi deserki, tosty i Bóg wie co jeszcze
  • Max: Niemiec z Monachium, ostro wkręcony, zagada na śmierć
  • Świniak vel Osmo: Fin mało mówi i wygląda jak świniak
  • Michael: Austriaczka
  • Hagen: Niemiec, uważany niegdyś za warzywo.
Teraz i my do nich dołączyliśmy - gotujemy u siebie ale chodzimy jeść na III piętro. Tak pewnego razu poznaliśmy bliżej Hagena. Nie dość, że umie mówić (co nie było tak oczywiste, bo np. na cześć nigdy nie odpowiadał) to jeszcze mówi całkiem z sensem.

Dlatego zagadaliśmy czy nie chce zagrać w pingponga i piłkarzyki. I o ile w pingponga Paweł sobie z nim radził to w piłkarzyki Hagen dokopał nam 10:2. Jest prawdziwym wymiataczem. Gdy przejmował piłeczkę to nie było mowy o przypadku. To prawdziwy mistrz.

Hagen mieszka w Berlinie, jego hobby to kick boxing, studiuje fizykę, od 5 roku życia gra na skrzypcach - słychać jak ćwiczy... nieźle, chociaż Vivaldim nie będzie. Nie mówi za dużo - mówi akurat wtedy, gdy trzeba.

Tak więc w tym starciu to my okazaliśmy się warzywami, bo mimo, że Hagen duszą towarzystwa nie jest to do kuchni III i na imprezy chodził a my nie... Sorry Hagen.

Strajk włoski

0 komentarze
Dokładnie tydzień temu w niedzielę wypadał po raz kolejny nasz dyżur w kuchni. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie to, że tego dnia Paweł chciał się urwać do Zurychu. Dlatego zlitowałem się nad moim ziomkiem współautorem i zaproponowałem, że ja sprzątnę za niego. I tak też zrobiłem. Wyczyściłem połowę kuchni na 1szym piętrze i potem połowę kuchni na drugim. Kuchnie w akademiku sprzątamy po dwie osoby. I o ile na pierwszym piętrze panują dobre relacje i zaraz po mnie sprzątaniem podłogi zajęła się Justyna, to niestety na drugim już nie było tak idealnie. Na drzwiach wisiała kartka: "If I dont find my fuckin mixer I wont cleant the kitchen. -Ciccio". Ciccio to gejowski pseudonim naszego Włocha, Francesco. Ani ja, ani Paweł, nie zabraliśmy cicciowego miksera. Dlatego postanowiłem zapukać do niego i powiedzieć, że albo posprząta albo sobie wybierze kolano do złamania. Jednak Ciccia cały dzień nie było więc sprzątanie musiałem dokończyć sam.

Jakieś dwa dni później spotkaliśmy go w kuchni, więc mówimy, że sprawa wygląda nie do końca fair, bo nam nie pomógł. Na co Ciccio z pełną powagą odpowiedział, że następnym razem posprząta sam i, że to co zrobił to była jedyna możliwość wyrażenia jego protestu w sprawie miksera.... To chyba jest właśnie strajk włoski.

czwartek, 22 października 2009

Nowinki

3 komentarze
Ostatnio niewiele pisaliśmy. To dlatego, że coraz bardziej naszą uwagę pochłaniają zajęcia na ETH. I tak, tematem przewodnim ostatniego tygodnia było przygotowanie wstępnej specyfikacji i analizy ryzyka systemu informatycznego, do wydawania certyfikatów autentyczności. Mamy przygotować taki system na własnym serwerze, zabezpieczyć jak tylko się da i następnie wymienić się nim z inną grupą. Dalej zadaniem każdego jest znaleźć najsłabsze punkty badanego systemu innej grupy, czyli potocznie rzecz ujmując mamy whaczyć się emaxem przez sendmaila... Projekt ten przygotowujemy z dwoma włoskojęzycznymi kolegami: Mikiem Godenzim i Cloudiem Marforio. Spodziewaliśmy się rozgotowanego makaronu ale okazało się, że chłopaki wiedzą o co kam an.

Tak było do piątku. Weekend upłyną leniwie na zakupach i gotowaniu. Poniedziałek zaczęliśmy wykładami, po których pojechaliśmy na ścianę. Siedzieliśmy tam do 19.30, tak że już żadne z nas nie mogło się ruszać. Wspinanie dodatkowo urozmaicił nam Michał - Polak, student architektury, który robi magistra w Zurychu, studiował w Anglii, był na wymianie w Holandii, do szkoły chodził w Polsce i Kenii... Ot. I co ciekawe łoi jak poparzony. Tzn buldery łoi, bo na ścianie odzywa się jego lęk wysokości.

A od środy łapie mnie jakieś przeziębienie. Moja kuracja polega głównie na spaniu, w czym się doskonale odnajduje.

Co do powiedzenia o Zurychu ma Pimp

1 komentarze
Sprawny, sprawniejszy, zurychski... (3 dni pimpa w Zurychu)

Zaraz po wylądowaniu w Zurychu poczułem powiem europejskiej cywilizacji. Czym spowodowany? Nie wiem... Po otrzeźwieniu z szoku cywilizacyjnego i odebraniu walizki (czyt.: lodówki) spotkałem się z Szychą. Janka nie było, gdyż miał jakieś interesujące ćwiczenia. Nie wiem z czego szych się bardziej ucieszył - z wizyty przyjaciela, czy może zawartości walizki przywiezionej przez niego. ;)

Po błyskawicznej podróży wypasionymi skm'kami do rezydencji Jana Pawła i rozpakowaniu wałówy udaliśmy się do centrum, by spotkać się z Jankiem i zjeść obiad. Stołówka wielkością przypominała halę targową i była wypełniona zurychskimi żakami po brzegi. Podobno to jeszcze było nic, ale dla osoby jadającej w bufecie z 5 stolikami zrobiło wrażenie. Po smacznym obiadku (o dziwo cena nie zwaliła mnie z nóg) udaliśmy się na spacer po starówce. Właściwie to nie wiem co mam o niej powiedzieć. Zadbane kamieniczki, wąskie uliczki... Niby standard, a i tak zrobiło na mnie wrażenie.

Sobotę przeznaczyliśmy na ściankę. Właściwie to powinienem napisać ŚCIANĘ(!). W labiryncie hal, bulderów, antresol ciężko było się połapać. W głowie brzmiało 'łoić, łoić,łoić'! Jak zwykle serce chciało więcej, ale paluszki szybko odmówiły posłuszeństwa - nie chciały nawet klam dotykać.;\ Po około 4 godzinach spasowałem mając poczucie dobrze zainwestowanych 26 fr. (niech nikt nie waży się nazywać tego wydatkiem!).

W niedzielę udałem się z Jankiem na rowerową przejażdżkę po mieście. Rowerki dostaliśmy w miejskiej wypożyczalni obsługiwanej przez Hindusów/Afrykanów mających blade pojęcie o bicyklach. Dostaliśmy dwa miejskie rowerki - full wypas! Muszę przyznać, że na początku miałem pewne obawy jeżdżąc rowerem po centrum. Oprócz standardowych ścieżek rowerowych wytyczonych wzdłuż chodnika lub z boku jezdni są też nieznane u nas rozwiązania, np. ścieżka na torowisku tramwajowym! Kto to wymyślił?! Jak oni się w tym mieście poruszają? Najciekawsze jest to, że ten system jakoś działa...
W planach miałem kąpiel w jeziorze, ale pogoda spłatała mi figla i tuż przed moim przyjazdem gwałtownie ochłodziło się. Skończyło się na przejażdżce wzdłuż bulwarów i ławeczkowaniu w pobliżu przystani. Na koniec udaliśmy się na taras widokowy podziwiać panoramę miasta - coż to za sympatyczne miejsce! Zaczepiła nas tam zagubiona Polka z prośbą o wskazanie miejsc wartych odwiedzenia w ciągu kilku godzin (wieczorem umilała mi lot do Warszawy).

Cóż, od mojego powrotu minął tydzień, a ja bym już tam z chęcią wrócił...
A za oknem truly Asia...

pimp

poniedziałek, 12 października 2009

Martyrologia Narodu Polskiego, ciąg dalszy

1 komentarze
Po raz kolejny historia pokazuje, że gdy się źle na świecie dzieje to tylko Polak nie zasłania oczu i nie ucieka w rozpaczy. Dziś w akademiku padł Internet. Oczywiście nikt nie zapukał do Alesji Galgano, naszego akademikowego Kapo, ponieważ jeszcze kilka metrów przed jej drzwiami


podchodzącego bije po oczach wielki napis "I am not available after my receiving times" - środa 20.30-21.00. Jasne było, że jesteśmy zdani na siebie i jeżeli sobie nie poradzimy to może Alesia łaskawie kiedyś zawiadomi administratora-złotą rączkę.

Tak więc Paweł i ja niezwłocznie zaczęliśmy działać. Początkowo wyłączyliśmy wszystkie access pointy,


urządzenia na korytarzach, które przekazują dalej sygnał od głównego routera. Niestety bez rezultatu. Nie udało nam się także namierzyć sygnału routera metodą "na chodzonego z laptopem". W tym czasie Włosi, Hiszpanie, Słowacy, Litwini i inni niezidentyfikowanej narodowości ludzie siedzieli na balkonie i w najlepsze palili sziszę. My walczyliśmy dalej.


Już od dawna naszą uwagę przykuwała tajemnicza skrzynka. Skrzynka, która mogłaby być główną skrzynką z bezpiecznikami. Oczywiście kochana Alesia umieściła nań napis mówiący mniej więcej, że wyrwie nogi każdemu, kto będzie ją otwierać. Jednak my nieustraszeni i wyposażeni w obcążki otworzyliśmy tajemniczą skrzynkę i naszym oczom ukazały się rzędy bezpieczników ceramicznych.
Nie znaleźliśmy żadnego bezpiecznika z podpisem router, więc skrzynkę zamknęliśmy i zaczęliśmy kontemplować którędy wiodą kable sieciowe do access pointów. Tym tropem trafiliśmy na starą ciemnię fotograficzną.
Ciemnia jak ciemnia, a jednak w panelu na suficie wchodzi doń pęk kabli sieciowych. I rozwiązanie nasunęło się nam od razu - trzeba wykręcić korki podpisane "Fotor" - Fotoraum. Szum wentylatora w zamkniętym pokoju ucichł, nasze laptopy pokazały, że wszystkie access pointy przestały być dostępne i po chwili... pojawił się Internet.

Niestety na naszej odważnej misji zyskały wszystkie nieruchawe ważywa, które mieszkają z nami pod jednym dachem. Ale cóż, najważniejsze, że jesteśmy podłączeni.

I jak zwykle tak wielu zawdzięcza tak wiele tak nielicznym, o czym nawet nie wie.